O tym, skąd wzięła się narkotykowa prohibicja i dlaczego trzeba z nią skończyć, opowiada Ethan Nedelmann, założyciel i prezes Drug Policy Alliance, największej amerykańskiej organizacji zabiegającej o reformę polityki narkotykowej.

Zgadza się pan, że narkotyki są złe?
– Same w sobie nie są ani złe, ani dobre. Alkohol – legalny narkotyk – ma walory smakowe, w umiarkowanych ilościach przynosi odprężenie, może nawet mieć korzystny wpływ na zdrowie. Ale są ludzie, którzy niszczą siebie, swoje rodziny i robią straszne rzeczy pod jego wpływem. To samo tyczy się wszystkich narkotyków. Przede wszystkim trzeba zaakceptować, że narkotyki – te legalne i nielegalne – są globalnie pożądanym produktem. Jak kawa. Gdy brazylijskie plantacje wytnie mróz, świat nie wypije przecież mniej kawy, tylko więcej jej sprzedadzą producenci z Sumatry czy Kenii. To samo tyczy się narkotyków – zlikwidujesz produkcję w jednym miejscu, wyskoczy gdzie indziej.

Ten – jak pan mówi – „globalnie pożądany produkt”, z wyłączeniem alkoholu i tytoniu, objęty jest międzynarodową prohibicją umocnioną kilkoma konwencjami ONZ. Uderzająca jest konsekwencja świata w braku zgody na zalegalizowanie pewnych substancji. Z czego ona wynika?
– Największą siłą sprawczą globalizacji reżimu prohibicyjnego był rząd Stanów Zjednoczonych. Do końca XIX wieku większość nielegalnych dziś narkotyków – opium, heroina, kokaina, konopie – była legalna. Delegalizacja nie wzięła się z badań niezależnych komisji naukowo–medycznych, które by orzekły: tytoń i alkohol są mniej niebezpieczne, a reszta bardziej. To wszystko były decyzje polityczne, a chodziło o to, kto zażywa narkotyki. Do lat 70. XIX wieku głównym konsumentem opiatów były białe kobiety w średnim wieku. Nie mieliśmy aspiryny czy penicyliny, warunki sanitarne były złe, ludzie chorowali. Opium było więc panaceum na wszystkie bolączki, a szczególnie chętnie sięgały po nie kobiety, które przechodziły menopauzę, miewały migreny, depresję i tak dalej. Nikomu nie przeszło przez myśl, żeby wtedy opium zdelegalizować. Ale potem przyjechali Chińczycy, którzy pracowali przy budowie kolei, w kopalniach i przywieźli tradycję palenia opium – wracali do domu i palili fajkę opium, tak jak robili to w swojej ojczyźnie. Biali ludzie bali się też, że żółci zwabią białe kobiety do swoich opiumowych melin.

Całość na przekroj.pl

A na deser, przedruk wywiadu z Januszem Strzałą z 20 numeru Spliffa  “Niczego o nas nie ma w konstytucji”. Poniżej wstęp:

Gdańsk, lato, środek dnia. Do komisariatu w sercu starówki wchodzi młody, elegancki gość i kładzie na stole pół grama suszu roślinnego, którego samo posiadanie jest w myśl obowiązującego prawa przestępstwem. Taka efektowna demonstracja jest nie tylko okazją do wykazania się skutecznością dla służb mundurowych, zatrzymania groźnego degenerata na dwadzieścia godzin w areszcie i przeszukania jego domu rodzinnego.

Dla naszego posiadacza-kryminalisty konopny coming-out jest środkiem dochodzenia swoich praw obywatelskich, a niechybny wyrok skazujący otworzy mu drogę do Trybunału Konstytucyjnego. Żeby było ciekawiej, cała sprawa miała miejsce w „gorącym” czasie, kiedy rząd wysunął propozycję zmiany Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomanii, nieco łagodzącej przepisy o „posiadaniu”. Dla naszego bohatera jako łagodny półśrodek była ona tylko źródłem irytacji i bezpośrednim bodźcem do działania. Cała sprawa jest także świetnym kąskiem dla mediów – zdarzenie nagłośniła Gazeta Wyborcza w ramach kampanii „My, Narkopolacy” – o incydencie większość z nas pewno więc wie. Teraz śmiałek postanowił  opowiedzieć o sobie i swojej akcji również naszym czytelnikom.

Sprawa dotyczy materii konstytucyjnej i to cholernie newralgicznej sfery – ograniczania wolności osobistej i prawa jednostki do decydowania o własnych sprawach, prawa do nienaruszalności mieszkania i życia prywatnego. Dla tak głębokiej ingerencji w prawa obywatelskie, jak np. przeszukiwanie każdego podejrzanego o „posiadanie” – według arbitralnego widzimisię funkcjonariusza może nim być każdy – musi być nader rzetelne uzasadnienie. Takiego uzasadnienia ewidentnie brak – zarówno w literaturze, jak i w rzeczywistości. Z punktu widzenia prawa antynarkotykowego regulacja wywołuje dokładnie odwrotne skutki od zamierzonych, z punktu widzenia konstytucyjnego jest niewspółmiernie brutalna. Nigdy nie miała prawa taka być, nie tyle ze względów natury kryminalno-politycznej, ile właśnie – konstytucyjnej.

Całość hyperreal.info

Opublikowane jako: Gospodarka , Historia , Natura , Ziemia
Tagi: , , , , , , | admin | styczeń 24, 2010 Komentarze (0)

marco volcano - deep essential #03 2010-01-01 by marcovolcano
Powered by WordPress | Design by Roy Tanck