Broń chemiczna z dna Bałtyku to temat tabu nie tylko wśród Niemców i Rosjan, którzy chcą budować Gazociąg Północny. Również polscy rybacy mówią o niej niechętnie.
8 stycznia 1997 r. kuter WŁA-206 wypłynął z portu we Władysławowie. Łowisko R-9, trzydzieści mil morskich od Władysławowa, nie jest oznaczone na żadnej mapie jako miejsce zatopienia amunicji chemicznej.
Mirosław Jachimkowski, postawny brunet o ciemnych oczach schowanych głęboko pod krzaczastymi brwiami, był wówczas właścicielem kutra. Dziś żyje z wędkujących turystów.
– Trudno mi o tym mówić. Nie należy to do przyjemnych wspomnień – broni się przed rozmową.
Tamtego dnia pogoda nie była najlepsza, było blisko dwadzieścia stopni mrozu i wiał silny wiatr. Na pokładzie oprócz szypra znajdowało się czterech rybaków. Po pierwszym zaciągu szyper postanowił zakotwiczyć i czekać na poprawę pogody. Następnego dnia, 9 stycznia 1997 r., o ósmej rano, załoga rozpoczęła połów, dalej na tym samym łowisku. Trałowali na południowy wschód, kiedy popsuł im się agregat, co oznaczało, że muszą wracać do portu. Wyciągając sieć, rybacy spostrzegli, że wśród ryb znajduje się bryła jakiejś gliny, wielkości wiadra.
– Weź to i połóż przy prawej burcie, potem szyper powie, gdzie mamy to wyrzucić – starszy stażem rybak wydał polecenie najmłodszemu.
Podczas przenoszenia bryła lekko się kruszyła. Odpadające kawałki rybacy rozdeptywali, roznosząc po całym pokładzie. Ubrudzone ręce raz po raz wycierali w szmaty.
– Kiedy jednostka zawinęła do kei, zabraliśmy się za naprawianie agregatu – wspomina. – Lubię porządek, więc jak zauważyłem na pokładzie bryłę gliny wielkości wiadra, kazałem ją wrzucić do kontenera w porcie. Naprawiliśmy usterkę, wieczorem biorę prysznic, patrzę, a na ciele pojawiają się plamy…
Następnego dnia plam było coraz więcej, na twarzy i na rękach. Rano Jachimkowski poszedł do portu, mechanik miał te same objawy co on.
Wkrótce zgromadzono wszystkich rybaków z kutra, a sam statek wyprowadzono z portu. Pojawili się żołnierze ze specjalistycznej jednostki przeciwchemicznej. Wystarczyło dotknięcie szmaty ubrudzonej „gliną”, żeby doszło do zakażenia. Na rękach i twarzach rybaków z plam zaczęły powstawać bąble wypełnione cieczą, która zakażała kolejne miejsca na ciele. Koszmar powrócił po pół roku: ból gardła i narośl. Wycięto ją, okazało się, że to nie nowotwór, tylko narośl „poiperytowa”.
Jachimkowski pokazuje rękę, na której widoczna jest blizna. – Tu miałem wyżarte do kości.
Spędził w szpitalu 19 dni, stwierdzono oparzenie chemiczne pierwszego i drugiego stopnia.