Ministerstwo Spraw Zagranicznych przypomina, iż w dniu 11 czerwca 2009 r., Światowa Organizacja Zdrowia, uwzględniając m.in. aktualną sytuację epidemiologiczną grypy typu A/H1N1 w świecie, ogłosiła szóstą fazę pandemii grypy. Z tego względu władze wielu krajów wprowadziły stosowne procedury sanitarno-medyczne mające na celu niedopuszczenie osób zarażonych wirusem grypy A/H1N1 na swoje terytorium. Procedury te obejmować mogą również obowiązkową kwarantannę osób, u których podczas kontroli granicznej na lotnisku wykryta zostanie podwyższona temperatura ciała, kaszel lub inne objawy wskazujące na możliwe zakażenie grypą. W związku z powyższym Ministerstwo Spraw Zagranicznych uprzedza, że podjęcie podróży drogą lotniczą z podwyższoną temperaturą ciała lub innymi objawami mogącymi wskazywać na zakażenie grypą odbywa się na wyłączną odpowiedzialność podróżnego. Pracownicy polskich placówek konsularnych za granicą nie mają możliwości wpływania na zmianę decyzji władz miejscowych w przypadkach, gdy obywatel polski zostanie poddany kwarantannie lub spotka się z odmową zgody na wjazd na teren danego państwa. Ministerstwo Spraw Zagranicznych sugeruje sprawdzenie przed wyjazdem w polskiej placówce konsularnej, jakie są aktualne procedury sanitarne w państwie docelowym podróży.

Opublikowane jako: Gospodarka , Ziemia
Tagi: , , , | admin | sierpień 31, 2009 Komentarze (0)

Chciałem dać małą reklamę jednego z ciekawszych sklepów z herbatą online, jednak zostałem “przestraszony” przez autora, mało tego, który odrazu uderzył do firmy, gdzie wykupiony jest serwer. Myślę, że spokojnie wystarczyło napisać komentarz. No ale.. bezpośrednie przedruki mają prawo boleć ich autorów. Blog nadal mogę polecić, autor ciekawie pisze, oby pisał więcej - bo co naturalne to przecież zdrowe! Moja kwint-esencja odnośnie oczyszczania zieloną herbatką.

Singapurscy naukowcy odkryli niezwykłą właściwość zielonej herbaty. Doskonale zwalcza nieprzyjemny zapach obuwia. Zielona herbata działa w tym przypadku bakteriobójczo, zabijając mikroorganizmy, które stanowią źródło przykrego zapachu. Zalewasz buty odpowiednią ilością zielonej herbaty, czekasz kilkanaście minut i suszysz.

Więcej informacji na blog.krainaherbaty.pl

Opublikowane jako: Natura
Tagi: , , | admin | sierpień 27, 2009 Komentarze (0)

Broń chemiczna z dna Bałtyku to temat tabu nie tylko wśród Niemców i Rosjan, którzy chcą budować Gazociąg Północny. Również polscy rybacy mówią o niej niechętnie.

8 stycznia 1997 r. kuter WŁA-206 wypłynął z portu we Władysławowie. Łowisko R-9, trzydzieści mil morskich od Władysławowa, nie jest oznaczone na żadnej mapie jako miejsce zatopienia amunicji chemicznej.

Mirosław Jachimkowski, postawny brunet o ciemnych oczach schowanych głęboko pod krzaczastymi brwiami, był wówczas właścicielem kutra. Dziś żyje z wędkujących turystów.

– Trudno mi o tym mówić. Nie należy to do przyjemnych wspomnień – broni się przed rozmową.

Tamtego dnia pogoda nie była najlepsza, było blisko dwadzieścia stopni mrozu i wiał silny wiatr. Na pokładzie oprócz szypra znajdowało się czterech rybaków. Po pierwszym zaciągu szyper postanowił zakotwiczyć i czekać na poprawę pogody. Następnego dnia, 9 stycznia 1997 r., o ósmej rano, załoga rozpoczęła połów, dalej na tym samym łowisku. Trałowali na południowy wschód, kiedy popsuł im się agregat, co oznaczało, że muszą wracać do portu. Wyciągając sieć, rybacy spostrzegli, że wśród ryb znajduje się bryła jakiejś gliny, wielkości wiadra.

– Weź to i połóż przy prawej burcie, potem szyper powie, gdzie mamy to wyrzucić – starszy stażem rybak wydał polecenie najmłodszemu.

Podczas przenoszenia bryła lekko się kruszyła. Odpadające kawałki rybacy rozdeptywali, roznosząc po całym pokładzie. Ubrudzone ręce raz po raz wycierali w szmaty.

–  Kiedy jednostka zawinęła do kei, zabraliśmy się za naprawianie agregatu – wspomina. – Lubię porządek, więc jak zauważyłem na pokładzie bryłę gliny wielkości wiadra, kazałem ją wrzucić do kontenera w porcie. Naprawiliśmy usterkę, wieczorem biorę prysznic, patrzę, a na ciele pojawiają się plamy…

Następnego dnia plam było coraz więcej, na twarzy i na rękach. Rano Jachimkowski poszedł do portu, mechanik miał te same objawy co on.

Wkrótce zgromadzono wszystkich rybaków z kutra, a sam statek wyprowadzono z portu. Pojawili się żołnierze ze specjalistycznej jednostki przeciwchemicznej. Wystarczyło dotknięcie szmaty ubrudzonej „gliną”, żeby doszło do zakażenia. Na rękach i twarzach rybaków z plam zaczęły powstawać bąble wypełnione cieczą, która zakażała kolejne miejsca na ciele. Koszmar powrócił po pół roku: ból gardła i narośl. Wycięto ją, okazało się, że to nie nowotwór, tylko narośl „poiperytowa”.

Jachimkowski pokazuje rękę, na której widoczna jest blizna. – Tu miałem wyżarte do kości.

Spędził w szpitalu 19 dni, stwierdzono oparzenie chemiczne pierwszego i drugiego stopnia.

Czytaj dalej na tygodnik.onet.pl

Opublikowane jako: Gospodarka , Historia , Ziemia
Tagi: , , , | admin | sierpień 20, 2009 Komentarze (0)

“Zdrowy w chorym otoczeniu” - tak brzmiał tytuł pracy prof. Rosenhana, opublikowanej w magazynie naukowym “Science”*. Mowa w niej o ośmiu uczestnikach niebywałego dotąd eksperymentu, który po opublikowaniu nieźle wstrząsnął psychiatrią.

Prof. David Rosenhan był amerykańskim profesorem psychologii na Uniwersytecie Stanford i już w 1968 roku jako 40-latek zadał sobie pytanie, czy rzeczywiście istnieje różnica pomiędzy byciem “normalnym” i kimś potocznie nazywanym “wariatem”. Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie zorganizował on 4-letnie badania, które przeszły do historii psychologii, jako “Eksperyment Rosenhana”. W tej iście szerlokomskiej pracy towarzyszyło mu 7 osób (czterech mężczyzn i trzy kobiety): trzech psychologów, jeden lekarz pediatra, student psychologii, malarz i gospodyni domowa. Francuski filozof Michel Foucault po zakończeniu badań życzył Rosenhanowi “Nagrody Nobla za humor naukowy”…

Plan Rosenhana wydawał się w miarę prosty i miał odpowiedzieć na pytanie, jak długo psychiatria będzie potrzebowała, aby orzec, że w przypadku tej ósemki ma do czynienia z “normalnymi” ludźmi, którzy faktycznie nigdy wcześniej nie mieli żadnych form tzw. zaburzeń psychicznych. “To pytanie nie jest ani niepotrzebne, ani zwariowane” napisze on później we wspomnianej publikacji. “Nawet jeżeli jesteśmy osobiście przekonani, że potrafimy rozgraniczyć, co jest normalne, a co nienormalne, to nie ma na to przekonywujących dowodów”.

Co prawda Księga Diagnostyczna (DSM) Zjednoczenia Psychiatrów Amerykańskich dzieli pacjentów na kategorie według symptomów, co ma umożliwić odróżnienie osoby zdrowej od “chorej psychicznie”, ale w Rosenhanie pojawiło i umocniło się zwątpienie w sens tak stawianych diagnoz. Stwierdził on, że “choroba psychiczna” nie jest diagnozowana na bazie obiektywnych symptomów, a na subiektywnym postrzeganiu “pacjenta” przez obserwującego lekarza. Wierzył, że do rozjaśnienia problemu przyczyni się właśnie jego eksperyment, w którym sprawdzone będzie, czy ludzie nigdy nie cierpiący na żadne “choroby psychiczne” zostaną w szpitalu rozpoznane, jako zdrowe i jeśli tak, to na jakiej zasadzie to się odbędzie.

Przygotowania do eksperymentu wyglądały zawsze tak samo: pan profesor oraz współuczestnicy projektu przez kilka dni nie myli zębów, panowie się nie golili, następnie pseudopacjenci ubierali się w nieco przybrudzone ciuchy, pod fałszywym nazwiskiem umawiali telefonicznie z wybraną kliniką psychiatryczną i krótko po tym pojawiali się tam twierdząc podczas przyjęcia, że… słyszą głosy. Było to oczywiście nieprawdą, tak jak nieprawdziwe były podane przez nich nazwiska i zawody. Mało tego, nawet opisywane przez pseudopacjentów “głosy” nie miały odniesienia do znanych w psychiatrii opisów, gdyż nie ma głosów “pustych”, “próżnych” i “głuchych”, jak to z premedytacją przedstawili uczestnicy eksperymentu w pierwszej rozmowie z lekarzem…

Po diagnozie, która w siedmiu przypadkach brzmiała “schizofrenia”, a w jednym “zespół depresyjno-maniakalny”, nasi “pacjenci” zaczynali zachowywać się już tak, jak na co dzień w normalnym życiu, o głosach więcej nie wspominali, przestrzegali regulaminu, byli kooperatywni wobec lekarzy i personelu oraz mili i rzeczowi w swoich wypowiedziach. Ich zadaniem było przecież jak najszybsze przekonanie lekarzy i personelu szpitalnego o swoim zdrowiu psychicznym i wyjście z kliniki bez pomocy z zewnątrz.

Jak się szybko okazało ich wzorowe zachowanie nie zmieniło niestety postaci rzeczy, a raz wypowiedziana diagnoza okazała się już nieodłączną i stygmatyzującą etykietą pacjenta. Naukowcy z niepokojem obserwowali nagminnie pojawiającą się psychiczną i fizyczną brutalność personelu wobec hospitalizowanych. Eksperyment okazał się, więc już w początkowej fazie bardzo niebezpieczny, przez co część jego uczestników poczuła wyraźny strach “przed pobiciem lub gwałtem”. W efekcie tych pierwszych doświadczeń do projektu dokooptowano prawnika, z którym ustalono plan ewentualnego działania na wypadek okaleczenia lub śmierci któregoś z uczestników eksperymentu i dopiero wtedy grupa “ruszyła” na kolejne kliniki. Ogólnie eksperyment przeprowadzono w 12 szpitalach, po części tych starszych, o ściśle konwencjonalnym podejściu do “pacjenta”, a po części w nowoczesnych, nastawionych badawczo.

Nikogo nie rozpoznano, jako zdrowego a pobyt w szpitalach psychiatrycznych trwał średnio blisko 3 tygodnie (od 7 do 52 dni). W czasie eksperymentu pseudopacjenci otrzymali 2100 różnych leków antypsychotycznych, które po kryjomu wypluwali; były to różne preparaty na za każdym razem te same objawy. Grupie badaczy aż niewiarygodny wydawał się fakt braku zainteresowania ze strony lekarzy i personelu, którzy “przechodzą koło człowieka, jakby go nie było”. Okazało się, że po raz wypowiedzianej diagnozie nikt już nie traktuje pacjenta, jak człowieka, a jego zachowania, jakie by nie były, będą już zawsze odbierane, jako symptom “choroby psychicznej”. Notatki na przykład, które początkowo nasi pseudopacjenci robili w tajemnicy i szmuglowali poza szpital, już po krótkim czasie mogły być czynione bez kamuflażu, gdyż ani lekarze, ani obsługa szpitala się tym nie interesowali. Z raportów szpitalnych wynikało później, że ciągłe prowadzenie notatek było jednym z symptomów choroby psychicznej.

Nie wyjdziesz, aż się nie przyznasz!

Rosenhan w swoim eksperymencie podkreśla szczególny problem władzy psychiatrii nad “pacjentem”. Zdiagnozowanie u pseudopacjentów (w jednej rozmowie!) “schizofrenii” oznaczało nieuchronne zaszufladkowanie ich, utratę podstawowych praw i od tego momentu nie tylko każde ich (bądź co bądź normalne) zachowanie było interpretowane już, jako choroba, ale do diagnozy dopasowywany był cały ich życiorys! Jeden z uczestników eksperymentu odnotował pół żartem pół serio, że w klinice miał poczucie “bycia niewidzialnym”, gdyż statystycznie 71% psychiatrów i 88% sióstr i sanitariuszy w ogóle nie reagowało na proste pytania, które zadawał im w ciągu dnia, jako “pacjent”, a jeśli była jakakolwiek reakcja to wyglądało to tak, jak w poniższym przykładzie:

Pacjent: Przepraszam, panie doktorze… Mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będę mógł skorzystać z możliwości spaceru w ogrodzie?

Lekarz: Dzień dobry Dave. Jak się pan dzisiaj czuje? (Lekarz odchodzi nie czekając na odpowiedź…).

Samo wyjście ze szpitala psychiatrycznego okazało się w każdym przypadku niemożliwe bez przyznania się “pacjenta” do tego, że… jest chory. Dopiero po takim określeniu się nasi pseudopacjenci opuszczali szpitale. Dodajmy tylko, iż nie, jako “zdrowi”, ale ze zdiagnozowaną “schizofrenią w remisji” (czyli zaleczoną na pewien czas)…

Wielkie oburzenie psychiatrii konwencjonalnej, jakie wybuchło po upublicznieniu badań Rosenhana przyniosło za sobą niespodziewanie drugą fazę eksperymentu, przy czym pierwsza jego część została odrzucona przez rozzłoszczonych psychiatrów, jako “wybrakowana metodycznie”. Dyrekcja jednego ze szpitali psychiatrycznych stwierdziła wtedy w debacie publicznej, że “w naszej klinice coś takiego nie mogłoby mieć miejsca”, na co Rosenhan odpowiedział eleganckim wyzwaniem na pojedynek obiecując, że na przestrzeni następnych 3 miesięcy wyśle tam swoich pseudopacjentów.

Trzy miesiące później, kiedy doszło do weryfikacji drugiej fazy “Eksperymentu Rosenhana” okazało się, że wyzwany na pojedynek szpital ze 193 ogólnie przyjętych w tym czasie pacjentów określił 41, jako podejrzanych o bycie pseudopacjentami Rosenhana i kolejnych 42, jako zdemaskowanych pseudopacjentów. Tylko, że druga faza projektu prof. Rosenhana polegała na tym, jak się okazało, że… nikogo tam nie wysłał…

Jako materiał uzupełniający, który bardziej “po polsku” traktuje sprawę, dołączam i polecam do obejrzenia poruszającą sztukę Teatru Telewizji pt.: “Kuracja”, według książki Jacka Głębskiego (reż.: Wojtek Smarzowski, w roli głównej: Bartek Topa). Sztuka opowiada o psychiatrze naukowcu, który chcąc poznać tajniki swoich podopiecznych postanawia symulować schizofrenię, stając się “zwykłym pacjentem psychiatryka”. O eksperymencie mało kto wie, a sytuacja szybko wymyka się spod kontroli…

źródło - interia360.pl

Opublikowane jako: Nauka
Tagi: , , , | admin | sierpień 19, 2009 Komentarze (0)

Szpiegowskie mikrochipy znajdują się obecnie w prawie każdym banknocie euro i dolarze drukowanym po 2005 roku. Małe mikroukłady do europejskiej waluty dostarcza grupa Hitachi. Po co?

W 2005 roku w dzienniku EETimes pojawił się artykuł o planach Europejskiego Banku Centralnego dotyczących wprowadzenia do banknotów euro mikrochipów RFID, które miały zostać upowszechnione już w 2005 roku. Obecnie jest to technologia stosowana powszechnie, co ciekawe - bez wiedzy użytkowników. Mikrochip Hitachi o wdzięcznej nazwie “Mu-chip” jest tak mały, że może być wbudowany w papier. Dzięki zastosowaniu najnowszej generacji technologii półprzewodnikowych, Mu-chip zapewnia mikro-wielkości obszar pamięci, który może unikalnie identyfikować, śledzić i uwierzytelniać obiekty o dowolnej wielkości. Mu-chip wymaga zewnętrznej anteny i jest tagiem pasywnym, nie wymagającym zasilania, dzięki czemu ma bardzo długą żywotność. Mu-chip posiada 128 bitów pamięci ROM, umożliwiającej przechowywanie 1038 unikalnych numerów identyfikacyjnych (ID) i pracuje na częstotliwości 2.45 Ghz. Chip stosowany w banknotach euro jest natomiast bardzo specyficzny. Ma o wiele pojemniejszą pamięć… oraz umożliwia szersze spektrum kontroli niż mogłoby się wydawać - w tym najprawdopodobniej aktywną możliwość komunikacji z czytnikami (wyższe nominały). Mamy więc morze możliwości. Odczyt i zapis danych odbywać się może z odległości nawet kilku metrów… (oficjalnie do ok. 40 cm), zaś implementacja nowych technologii dowodów biometrycznych da możliwość pełnej, choć także nieoficjalnej, kontroli posiadanych przez “obiekt” banknotów. Co ciekawe, zęby ostrzą już instytucje skarbowe, którym łatwiej kontrolować będzie szarą strefę… Zapłaciłeś za towar po “dogadaniu” się z kontrahentem? Super. Ale “my” już wiemy, u kogo najpierw było to 1000 euro… prosimy o wyjaśnienie faktu znalezienia się tej sumy u wykonawcy… - nieprawdaż, że miło?:) Nie wkraczajmy już w sferę prostytucji bo zrobi się jeszcze cieplej. Niestety, dokładne informacje dotyczące parametrów chipów używanych w środkach płatniczych są strzeżone tajemnicą tak samo jak unikalne zabezpieczenia.
Erik B. z serwisu eurobilltracker.com, którego strona umożliwia śledzenie drogi banknotów Euro po numerach serii tłumaczy nam, że nowa technologia umożliwi bezproblemowe śledzenie ruchu jednostki bez jej wiedzy i to po całym świecie. Nie ulega więc wątpliwości, że oczy Wielkiego Brata to coś więcej niż opowiadania domorosłych fanów teorii spiskowych. Mikrochip jest tak mały, że potocznie zdarza się go nazywać “pudrem RFID”. Grubość jego wynosi 60 mikronów co sprawia, że idealnie kamufluje się z papierowym banknotem. Rozszerzeniem mikrochipa jest antena, która umożliwia dwukierunkową komunikację. Po umieszczeniu w mikrofalówce, mikrochip wskutek wzbudzenia elektronów eksploduje. Zaletą stosowania tak nowoczesnych technologii jest prawie pełne zabezpieczenie przed fałszerstwem. Jak czytamy na stronie Die Bank-u, tylko taka technologia pozwala na niemal stuprocentową pewność. Stosowane dotychczas mikroszkiełka czy znakowanie chemikaliami było dla “ekspertów” czarnego rynku całkowicie do przeskoczenia. Niestety, fakt znakowania radiowego banknotów jest dziś ukrywany. Należy to po części rozumieć, zwłaszcza w dobie powszechnej mody na fałszerstwa. Dlaczego jednak technologia, która w znacznym stopniu wkracza w naszą prywatność, została użyta bez naszej wiedzy?

zródło - hotnews.pl


Opublikowane jako: Gospodarka
Tagi: , , , , | admin | Komentarze (0)

marco volcano - deep essential #03 2010-01-01 by marcovolcano
Powered by WordPress | Design by Roy Tanck